Poznajmy się lepiej – jestem Monika

Jestem Monika i uczę się doceniać siebie. Niby nic wielkiego, ale w kontekście tego, że za chwilę będę obchodzić 49. urodziny, to całkiem spory proces.

Z zewnątrz mogę wydawać się pewną siebie, atrakcyjną lekarką, która działa z rozmachem, nie wstydzi się ani swoich słów, ani wyglądu. A prawda? Jest zupełnie inna. Wpisuję się w polskie statystyki, według których tylko 34% kobiet wierzy we własne możliwości, a 43% potrafi swobodnie wyrażać swoje zdanie. Dla porównania, wśród mężczyzn te wartości są znacznie wyższe – co sugeruje, że to kobiety częściej zmagają się z brakiem pewności siebie.

W raporcie “Jesteś ekspertką! Uwierz w to!” wskazano nawet, że ponad 60% kobiet z wyższym wykształceniem obawia się, że ich wiedza i kompetencje nie są wystarczające, by publicznie dzielić się swoją wiedzą. Ponadto, 63% kobiet boi się krytyki swoich umiejętności – a to często skutecznie hamuje ich rozwój zawodowy i osobisty.

A ja? Gdzie ja jestem na tej skali?

Moja ulubiona odpowiedź na wszystko to: „to zależy”. Bo rzeczywiście tak jest. Jednego dnia czuję, że mam światu do zaoferowania coś więcej niż tylko medyczną wiedzę. Następnego – dopada mnie lęk, że wciąż się uczę, że wiem za mało, że nigdy nie będę „wystarczająco dobra”. Ten syndrom oszusta towarzyszy mi od lat – wraca co jakiś czas i skutecznie mnie demobilizuje.

Walczę z tym, jak umiem. Nie porównuję się z innymi, (z reguły) nie przeglądam social mediów, planuję z wyprzedzeniem. Ale jednocześnie – nie umiem przyjmować komplementów, nie pamiętam swoich sukcesów, a do projektów podchodzę w trybie „wszystko albo nic”.

Paradoks? Mam świetny wgląd w potrzeby i braki innych, uczę ludzi, jak doceniać siebie i wspierać swoje działania. A jednak… w myśl przysłowia: „szewc bez butów chodzi”.

Ale wiecie co?

Pomyślałam, że skoro mam zmieniać narrację w mojej głowie i pracować nad swoim nastawieniem, to chcę to robić oficjalnie. Bo nic tak mnie nie mobilizuje, jak dzielenie się swoimi przemyśleniami.

Pisanie zawsze pomagało mi porządkować myśli, ale tym razem chcę czegoś więcej. Chcę, żeby stało się procesem, w którym uczę się doceniać siebie, akceptować swoje osiągnięcia i przestać umniejszać własne starania. Bo zauważyłam, że często łatwiej znaleźć dobre słowa dla innych niż dla siebie. Może Ty też tak masz?

Dlatego chciałam napisać – coś od siebie.

Nie po to, żeby się przechwalać. Nie po to, żeby coś komukolwiek udowadniać. Ale po to, żeby codziennie przypominać sobie (i może Tobie też), że zasługuję na dobre słowa. Że to, co robię, ma wartość. Że moje starania są wystarczające.

Bo jeśli ja mogę to powiedzieć sobie – to i Ty możesz.